Popełniłam wczoraj coś bardzo zimowego. Zimno na dworze i moje ciało woła o rozmaryn, ziemniaki, chili (ech:((() i inne soczewice, preferably w formie zupy. Jak prawie każda moja improwizacja zaczęło się od tego, że miałam dużo czegoś i szukałam sposobu, żeby w całości to wykorzystać. A tym czymś tym razem była cukinia. Piękna, młoda, zieloniutka, twarda i jędrna jak pośladki dwudziestolatki. Wrzucałam wszystko co kojarzy mi się z ciepłem i wyszedł gar gęstej, aromatyczne i rozgrzewającej zupy, w sam raz na teraz.
ZIMOWA ZUPA Z CUKINI
Najpierw na chłodną jeszcze oliwę wrzuciłam 4Ł masali, garść nasion kolendry, garść rozmarynu i niedbale pokrojone w kostkę cebule. Jak masala zaczęła intensywnie pachnieć a kolendra pękać, wrzuciłam czerwone ziemniaki od moich rodziców (są idealne, nie rozpadają się i są jeszcze na tyle młode, że nie czuć ich mąką, czego nie cierpię) pokrojone w kostkę. Chwilę podsmażyłam, wrzuciłam cuchini pokrojoną w plastry i zalałam bulionem aż wszystko zostało przykryte. Dorzuciłam na oko półtorej szklanki namoczonej wcześniej i mocno przpłukanej zielonej soczewicy, polałam oliwą, żeby zrobiła ładną kapę i na modłę turecką, jako, że dobrą gospodynię poznaje się tam po tym, że nie ważne co gotuje, byle na czerwono, wrzuciłam 5Ł z górką czerwonej słodkiej papryki właśnie z Turcji przywiezionej. Zupa gotowała się do miękkości ziemniorów i soczewicy, jakieś pół h. Jest idealna na to paskudztow za oknem.
A dziś w nocy miałam atrakcje jakich mało ostatnimi czasy. Byłam w kinie. Ho ho, drugi raz już a jeszcze tydzień nie minął. Byłam na nocnym pierwszym pokazie mojej ukochanej sagi. Niech się śmieją, nic mnie to. Najstarsza na sali nie byłam i wcale mi dobrze z tym, że jesteśmy trochę nienormalne, Nipaqui i ja (patzr tort który mi na 30te urodziny wyszykowałą), na tym punkcie. Ale dlaczego? But for the obvious, ona jedna a ich dwóch, absolutnie w niej zakochanych, totalnie nieprzeciętnych jateżtakchcę!!!, to wampiry nęcą wizją nieśmiertelności, i drugich szans. Zupełnie inaczej poprowadziłam bym to moje życie gdybym miała szansę.
Ale, ale, byłam w kinie i film był w kratkę groteskowo wybitną, tak jakby reżyser chciał zrobić film z którego i nastolatka i smakosz wyjdą zadowoleni. A do kina pojechałam... ta dam... samochodem!!! I know! Było cięzko, koszmarnie cięzko, bałam się absolutnie wszystkiego. Na dobry początek, że zapomniałam jak używać sprzęgła. Że bilecika parkingowego nie wyjmę (szyba kierowcy nie działa), że go z powrotem nie włożę, że nie wyrobię się w bramce i wjadę w słupki jak te biedne białogłowy w filmach na youtube, że pod górkę z parkingu nie dam rad, że się w 15 minutach nie zmieszczę. A na koniec, że pod blokiem będę parkować na 10x aż w końcu kogoś obetrę i pójdę obudzić Simka. Nic z tych rzeczy. Wszystko się jako tako udało a do tego, chociaż nie powinien to być powód do dumy, nie zatrzymałam się na ani jednej zielonej strzałce. A zgasł mi tylko 3x:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz