piątek, 9 grudnia 2011

Ewolucje

Moja próżność została ukarana- wyszłam na minutę, żeby się w końcu przebrać z piżamy w normalne ciuchy, wracam a Czesław na brzuchu leży:( Pierwszy obrót na brzucho a mnie nie było!

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Zielono mi

Zielony jest nasz duży pokój. Zielony mój ukochany balkon w sezonie. Zielony jest wózek Cze a ja zielona jestem strasznie jako matka. Zielona jest Candy.
Ten blog miał być już dawno, dawno. Posty piszę w głowie od paru lat. Właściwie nadal posty piszę w głowie a jak już siadam do komputera to mam wielką pustkę i nic nie pamiętam.
Kiedy pierwszy raz pomyślałam o blogu wszystko było inaczej. Z rzeczy liczyły się tylko kolorowe sukienki, kolorowe obcasy i zielona Candy. I właśnie o tym miał być blog. Miałam codziennie wklejać zdjęcie "O tak dziś pojechałam do pracy i było mi wygodnie/ niewygodnie. Kierowcy definitywnie mieli radochę!" W spodniach nie chodziłam nawet w zimie. Teraz wiadomo, muszę być gotowa nakarmić Cze w każdej chwili, musi być wygodnie do zielonej chusty no i pomykam w kurtce Sima bo tylko ona się dopina na mnie i Cze kiedy jesteśmy zawiązani.
Wtedy było inaczej. Martwiłam się tylko o to czy mp4 jest naładowana, sukienka nie za krótka i czy mi tylne światełko nie odpadło (w końcu je zgubiłam).
Candy stoi już rok i miesiąc. Nie wiem czy jeszcze będzie chciała ze mną gadać jak w końcu będę miała dla niej czas. Zanim ją poznałam przyśniła mi się i nie mogłam uwierzyć, że ona naprawdę istnieje kiedy ją zobaczyłam w sklepie w Kopenhadze. Przywiózł ją mój brat, ale podarował Sim. Kocham ją tak bardzo, że kiedy po wypadku wszyscy ją spisali na straty, jak juz się wypłakałam, ruszyłam niebo i ziemię, żeby znaleźć dla niej lekarza. Znalazł się i jest jak nowa.
Candy to zielony rower który kocham i za którym tęsknię. Smutek z poprzedniego posta mnie nie opuszcza, ale wtedy przypominam sobie co czułam jak śmigałam na Candy do pracy. To, i jak pierwszy raz przytuliłam Cze. Bezcenne:)

Zupa Zielono mi


Podsmażyłam na oliwie czosnek i 2 małe cukinie. Zalałam bulionem, ugotowałam do miękkości, wsypałąm całą górę posiekanej natki pietruszki i zmiksowałam. Na koniec  posypałam szczodrze uprażonymi na suchej patelni pestkami dyni. Voila!

sobota, 3 grudnia 2011

Smutek

Tak mi jakoś źle. Nadgarstki bolą, czasem w nocy muszę Cze przyciągnąć bo nie mam siły go podnieść. Wstaję a nogi sztywne jakbym miała dwa razy więcej lat. Plecy czasem tak zabolą, że łzy w oczach stają. Ja to w pełni akceptuję, podejrzewałam, że tak beędzie, ale jednak... Jeszcze parę miesięcy temu, nie byo dnia, żeby ktoś nie zapytał z troską "Jak się czujesz?" Były comiesięczne teściki, sreściki, wymazy z każdej dziurki. A teraz? Kiedy parę dni temu poszłam z moimi bólami do lekarza (w końcu jestem młodą babką to i tak chcę się czuć) usłyszałam, że powinnam chodzić na basen. A ja zamiast powiedzieć pani doktor co myślę o jej zaleceniach, zwiesiłam głowę i zawstydzona bąknęłam, że staramy się chodzić raz w tygodniu, a w głowie dodałam "z Cze".
Jakaś taka nieposkłądan jestem. Na kręgu czuję się jak sierota, jak najsłabsze ogniwo tego kręgu. Ola i Joanna mówią dziewczynom "To takie dojrzałe", "Do tego trzeba mieć odwagę", "Brawo!" a na mnie patrzą z politowaniem, bo ja taka sierota, dziecko we mgle i tylko w tym blogu potrafię napisać co mnie boli. No ale o to chodziło, po to jest to miejsce.

piątek, 18 listopada 2011

Cuchini

Popełniłam wczoraj coś bardzo zimowego. Zimno na dworze i moje ciało woła o rozmaryn, ziemniaki, chili (ech:((() i inne soczewice, preferably w formie zupy. Jak prawie każda moja improwizacja zaczęło się od tego, że miałam dużo czegoś i szukałam sposobu, żeby w całości to wykorzystać. A tym czymś tym razem była cukinia. Piękna, młoda, zieloniutka, twarda i jędrna jak pośladki dwudziestolatki. Wrzucałam wszystko co kojarzy mi się z ciepłem i wyszedł gar gęstej, aromatyczne i rozgrzewającej zupy, w sam raz na teraz.

ZIMOWA ZUPA Z CUKINI


Najpierw na chłodną jeszcze oliwę wrzuciłam 4Ł masali, garść nasion kolendry, garść rozmarynu i niedbale pokrojone w kostkę cebule. Jak masala zaczęła intensywnie pachnieć a kolendra pękać, wrzuciłam czerwone ziemniaki od moich rodziców (są idealne, nie rozpadają się i są jeszcze na tyle młode, że nie czuć ich mąką, czego nie cierpię) pokrojone w kostkę. Chwilę podsmażyłam, wrzuciłam cuchini pokrojoną w plastry i zalałam bulionem aż wszystko zostało przykryte. Dorzuciłam na oko półtorej szklanki namoczonej wcześniej i mocno przpłukanej zielonej soczewicy, polałam oliwą, żeby zrobiła ładną kapę i na modłę turecką, jako, że dobrą gospodynię poznaje się tam po tym, że nie ważne co gotuje, byle na czerwono, wrzuciłam 5Ł z górką czerwonej słodkiej papryki właśnie z Turcji przywiezionej. Zupa gotowała się do miękkości ziemniorów i soczewicy, jakieś pół h. Jest idealna na to paskudztow za oknem.


A dziś w nocy miałam atrakcje jakich mało ostatnimi czasy. Byłam w kinie. Ho ho, drugi raz już a jeszcze tydzień nie minął. Byłam na nocnym pierwszym pokazie mojej ukochanej sagi. Niech się śmieją, nic mnie to. Najstarsza na sali nie byłam i wcale mi dobrze z tym, że jesteśmy trochę nienormalne, Nipaqui i ja (patzr tort który mi na 30te urodziny wyszykowałą), na tym punkcie. Ale dlaczego? But for the obvious, ona jedna a ich dwóch, absolutnie w niej zakochanych, totalnie nieprzeciętnych jateżtakchcę!!!, to wampiry nęcą wizją nieśmiertelności, i drugich szans. Zupełnie inaczej poprowadziłam bym to moje życie gdybym miała szansę.

Ale, ale, byłam w kinie i film był w kratkę groteskowo wybitną, tak jakby reżyser chciał zrobić film z którego i nastolatka i smakosz wyjdą zadowoleni. A do kina pojechałam... ta dam... samochodem!!! I know! Było cięzko, koszmarnie cięzko, bałam się absolutnie wszystkiego. Na dobry początek, że zapomniałam jak używać sprzęgła. Że bilecika parkingowego nie wyjmę (szyba kierowcy nie działa), że go z powrotem nie włożę, że nie wyrobię się w bramce i wjadę w słupki jak te biedne białogłowy w filmach na youtube, że pod górkę z parkingu nie dam rad, że się w 15 minutach nie zmieszczę. A na koniec, że pod blokiem będę parkować na 10x aż w końcu kogoś obetrę i pójdę obudzić Simka. Nic z tych rzeczy. Wszystko się jako tako udało a do tego, chociaż nie powinien to być powód do dumy, nie zatrzymałam się na ani jednej zielonej strzałce. A zgasł mi tylko 3x:)

sobota, 12 listopada 2011

Natka pietruszki vol.2

Udało mi się przemycić natkę w kolejnym przepisie. Po prostu zmiksowałam ją w mojej ukochanej zupie dyniowej. A zupa to kolejna mała improwizacja. Do tej pory rządziłą u nas zupa dyniowa a la Sim i dalej rządzić będzie bo jest najlepsza, ale zrobiłam małą przerwę żeby spróbować jak dynia połączy się z mlekiem kokosowym. Odkąd zrobiło się zimno chodzą za mną właśnie dynia i kokos, a tu się okazjuje, że wcale nie jestem taka oryginalna, bo Mary już taką gotowała zupa z dyni. Ale ja i tak zrobiłam po swojemu.

Zupa dyniowa z mlekiem kokosowym

Dynię miałam już ugotowaną. Czerwone ziemniaki od moich rodziców, pokrojone w kostkę, ugotowałam w wywarze z warzyw, dorzuciłam dynię i mleko kokosowe. W osobnym garnku podsmażyłam 3 cebule i główkę czosnku od babci na oliwie z masłem. Wsypałam 2 Ł curry, trochę za wcześnie bo jeszcze z 10 minut się smażyła z cebulą i czosnkiem. Pomyślałam, że odrobina karmelu doda ciekawego smaku więc wsypałam do cebuli ł brązowego cukru. Kiedy już się pięknie skarmelizowało, dorzuciałam do dyni, wrzuciłam wielką garść natki i 3 ł zielonej, tej prawie łagodnej pasty curry. Podgrzewało się z 10 minut, tyle ile trwało przyssanie małego obudzonego najpiękniejszego we wszechświecie ssaka. Zmiksowałam i voila. Pyszna! Następnym razem dodam więcej mleka kokosowego.

środa, 9 listopada 2011

Away we go

Jeszcze w ciąży całkiem przez przypadek obejrzałam cudowny film "Away we go". Tzn, film obejrzałam świadomie i z premedytacją, tylko nie wiedziałam, że będzie traktował o drodze do zostania rodzicami i dzieciarstwie w różnych aspektach. W każdym razie, jest tam cudowna postać grana przez Maggie Gyllenhaal która parodiuje rodzicielstwo bliskości. Uśmiałam się jak mops kiedy jej postać powiedziała, że nie używa wózka bo "I love my children. Why would I push them away from me?"
Maggie Gyllenhaal scene
Śmiałam się jeszcze z miesiąc temu jak przypomniałam sobie tą scenę, hmmm. Od paru dni, gdy wychodzę z Cze w wózku czuję się raczej dziwnie. Może nie tak jakbym go od siebie odpychała, ale jakby był tak daleko... Mam ochotę porwać go w ramiona albo zapakować się do wózka do niego. On też nie ma z tego wózka takiej frajdy jak w okresie przed chustowym. Płacze, dopóki nie wyjdziemy albo nie zaśnie. Jak nad głową są drzewka, jest super, ale bez drzewek i zanim wyjdziemy, wózek jest e tam! Tak to sobie wychowałam chuściaka.
A tu cały trailer
Away we go trailer

sobota, 5 listopada 2011

Natka pietruszki


Zaczęło się od tego, że trochę się rozchorowałam. "Musisz jeść dużo witaminy C. Musisz jeść dużo natki!" Moja mama ma fiksację na punkcie natki, dodaje ją absolutnie do wszystkiego. Ja natki nienawidzę, bardzo! Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie lubi tego czegoś co się wydłubuje z chleba. Miał na myśli kminek. Dla mnie natka to to, co trzeba było wygrzebać na brzeg talerza przed zjedzeniem zupy w dzieciństwie. Ale nikt jej nie zabierze tego, że ma mnóstwo żelaza i witaminy C, a wiadomo, żelazo z witaminą C wchłania sie super. Spojrzałam z niechęcią na doniczkę z zielonym paskudztwem. Tak tak, nawet jeśli jej nie lubię, zawsze u mnie jednak rośnie, bo zdrowa jest i nikt jej nie zabierze tego, że żelazo... A nuż kiedyś polubię.
Pomyślałam o jedynej potrawie w której natka mi nie przeszkadza a jest wręcz niezbędna, a mianowicie o tabule. Tylko jak tu zrobić tabule bez cebuli (Mama's feeding) bez ogórków (nie ma ani ani) i z jednym małym pomidorkiem? No i wyszło takie coś, jak większość mojego gotowania, z tego co było pod ręką. Bezpieczny dla Mam ssaków, o ile tolerują podsmażony czosnek. Mój ssak toleruje:) I jeśli nie jest ssak uczulon na orzechy. Mój ssak nie jest:)
Kuskus z cukinią i orzechami (pestkami dyni)
  • dwie szklanki kuskus
  • jedna mała cukinia
  • garść orzechów, pestek dyni
  • ząbek czosnku
  • sól, pieprz
  • oliwa- tylko z pierwszego tłoczenia
  • garść posiekanej natki pietruszki
Kuskus delikatnie posoliłam i zalałam wrzątkiem. Pestki dyni podprażyłam na oliwie, bo jeśli czegoś nie smażę długo, zawsze to robię na oliwie- uwielbiam ten intensywny smak oliwy w potrawie. Bardziej pasują mi  smakowo orzechy, ale nie byłam pewna, czy ssak może je jeść, więc to be on the safe side, uprażyłam pestki dyni, bardzo zdrowe i też pełne tego co najlepsze. Cukinię pokroiłam na cieniutkie ćwiartki, takie 2 milimetrowe, wrzuciłam na chwilę do wrzątku i dalej na patelnię gdzię chwilę wcześniej zaczął się podsmażać czosnek. Chwilę podsmażyłam. Wymezklałam razem z kuskusem, natką, popieprzyłam (staram się nie przesadzać z solą, Sim mnie goni a ssaki soli nie tolerują więc ta ilość w kuskusie wystarczyłą) i zjadłam wszystko sama!!! Ssakowi później bardzo smakowało.